W odpowiedzi na mój blog z 18 grudnia 2025 r., zatytułowany Posłuszeństwo z wiary czy przestrzeganie prawa?, otrzymałem następujące pytanie, poprzedzone cytatem jednego z akapitów:
„Paweł pisze, że Boże prawa są wbudowane w samo działanie rzeczywistości i można je rozpoznać w przyrodzie. A jeśli nawet nie poznasz ich w szkole ani nie przeczytasz o nich w książkach, lecz mimo to je cenisz, zgadzasz się z nimi i żyjesz w zgodzie z ich rytmem, dajesz świadectwo, że ufasz Stwórcy. To dowód, że Duch Święty działa w twoim sercu i wypisuje na nim prawo Boże. Dzięki zwycięstwu Chrystusa Duch Święty napełnia cię Jego życiem — życiem zgodnym z Bożymi prawami projektowymi prawdy, miłości i wolności — i odtwarza je w twoim sercu oraz umyśle. W ten sposób doświadczasz nowego przymierza. A jeśli w takim stanie nie słyszałeś jeszcze imienia Jezusa, nadal jesteś przez Niego zbawiony, ponieważ to On jest Stwórcą, który podtrzymuje naturę. Uzdrowienie, przemiana i odnowa serca oraz umysłu nie mogą dokonać się w żaden inny sposób.”
Od nadawcy e‑maila:
Dwa ostatnie zdania wywarły na mnie największe wrażenie:
„A jeśli [nawet] nie słyszałeś jeszcze imienia Jezusa, nadal jesteś przez Niego zbawiony, ponieważ to On jest Stwórcą, który podtrzymuje naturę. Uzdrowienie, przemiana i odnowa serca oraz umysłu nie mogą dokonać się w żaden inny sposób.”
Moje pytanie brzmi: Co to znaczy „usłyszeć imię Jezusa”? Czy chodzi o dosłowne usłyszenie Jego imienia, czy raczej o przedstawienie Ewangelii w taki sposób, by człowiek mógł przyjąć odkupieńcze dzieło Jezusa na krzyżu? Wiemy, że nie możemy być zbawieni przez własne uczynki. Ale jeśli ktoś żyłby zgodnie z Prawami Bożymi, tak jak opisano na blogu — czy to oznacza, że będzie zbawiony? I czy wystarczy, że ktoś powie sobie: „Wierzę, że powinienem tak żyć”, nawet jeśli sam nie wierzy, a jednak przestrzega Praw Bożych? Czy to sprawi, że Bóg odpuści mu grzechy, tak jak obiecał tym, którzy w Niego wierzą? Z pewnością każdy, kto w sercu powiedział, że NIE wierzy, przypieczętuje swój los śmiercią duszy po zakończeniu ziemskiego życia. Mam na myśli ateistę, który świadomie kwestionuje istnienie Boga, a mimo to żyje zgodnie z Prawami ustanowionymi przez Boga. Czy w takim przypadku wynik jest z góry przesądzony?
Osobiście wciąż uważam, że ci, którzy nie odrzucili Boga, a jednocześnie nie przyjęli Chrystusa, nie zmartwychwstaną wraz ze świętymi. Krew Chrystusa jest szatą, która umożliwia Bogu przebaczenie. To przyjęcie Jego dzieła — i tylko przyjęcie Jego dzieła na Krzyżu — pozwala Bogu, zgodnie z Jego własnym Prawem, odpuścić grzechy nam, żyjącym na tym świecie. Wszyscy znamy wersety mówiące: „(…) Nie ma sprawiedliwego, ani jednego (…)” i podobne.
To pytanie jest dla mnie szczególnie ważne ze względu na liczbę pogrzebów, które prowadziłem jako kapelan weteranów i pastor. Niejednokrotnie zdarzało się, że bliscy zmarłego byli wierzący i pragnęli mieć pewność, że ich ukochani będą „na nich czekać”, gdy dotrą do nieba. I choć cała ta kwestia „niepoznawalnej teraz prawdy” o tym, „co, gdzie i jak” w niebie — choć bezowocna, dopóki widzimy jedynie jak przez zwierciadło — domaga się głębszej refleksji, pozostaje pytanie: czy nasza zniekształcona, ograniczona ludzka perspektywa jest wystarczająco szeroka, by naprawdę uchwycić Boże pragnienie sprowadzenia nas wszystkich z powrotem tam, skąd pochodzimy?
Moja odpowiedź:
Dziękuję za e‑mail i za szczere pytania.
Zastanawiam się, czy te zmagania nie wynikają z pozostałości myślenia o Bożym prawie w kategoriach prawa ludzkiego — a więc z koncepcji, w której grzech, przebaczenie i dzieło Jezusa rozumiane są przede wszystkim w kategoriach prawnych.
Czy w Królestwie Bożym istnieje cokolwiek, co funkcjonuje tak jak ludzkie prawo?
Czy Bóg jest zobowiązany przez jakieś prawo do użycia swojej mocy, by wymierzyć karę grzesznikom?
Czy zbawienie od grzechu wymaga jakiejś prawnej czynności w niebie — korekty w niebiańskim rejestrze?
Czy Bóg potrzebuje od nas jakiejś „opłaty prawnej”, aby móc odpuścić nam grzechy?
Czy możliwe jest, że Bóg przebacza wszystkim grzesznikom, ale samo przebaczenie nikogo nie zbawia? Tak samo, jak ktoś umierający na niewydolność wątroby z powodu alkoholizmu nie zostaje „zbawiony” od skutków swojego nałogu tylko dlatego, że jego ojciec pastor mu przebaczył. Przebaczenie nie usuwa toksyn z organizmu. Podobnie Boże przebaczenie nie usuwa grzechu z serca i umysłu.
Oczywiście, że nikt nie mógłby być zbawiony, gdyby Bóg nie przebaczał — przebaczenie jest konieczne. Nie sugeruję więc, że Boże przebaczenie jest nieistotne. Chodzi raczej o to, że Boże przebaczenie nigdy nie było przeszkodą dla zbawienia, bo Bóg jest miłością i przebaczył nam, zanim jeszcze zgrzeszyliśmy.
Pismo mówi o tym wprost:
- Jezus jest „Barankiem zabitym od założenia świata” (Ap 13:8)
- „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że dał swego jednorodzonego Syna” (J 3:16)
- „Bóg był w Chrystusie, jednając świat z samym sobą” (2 Kor 5:19).
To wszystko pokazuje, że Boże serce było zwrócone ku przebaczeniu od samego początku. Problem nie leży po stronie Boga. Nigdy nie leżał.
Problemem jest uzdrowienie człowieka, przemiana jego wnętrza, odnowa serca i umysłu — coś, czego samo przebaczenie nie może dokonać.
Izajasz napisał:
Niech bezbożny opuści swoją drogę, a człowiek nieprawy swoje myśli i niech wróci do PANA, a on się zlituje; niech wróci do naszego Boga, gdyż jest on hojny w przebaczeniu. Moje myśli bowiem nie są waszymi myślami ani wasze drogi nie są moimi drogami, mówi PAN; Ale jak niebiosa są wyższe niż ziemia, tak moje drogi przewyższają wasze drogi, a moje myśli – wasze myśli. (Iz 55:7‑9 UBG)
Bóg przebacza zawsze i bezinteresownie. To my, grzesznicy, domagamy się prawnej kary i zapłaty za przestępstwa.
Ale nawet gdy Boże przebaczenie zostaje nam osobiście darowane, samo w sobie nie uzdrawia zniszczonych serc i umysłów. Jezus przebaczył tym, którzy Go ukrzyżowali, lecz oni nie stali się Jego przyjaciółmi, nie pojednali się z Nim, nie odrodzili się, nie okazali skruchy i nie zostali zbawieni (Łk 23:34).
Moje rozumienie jest proste. Bóg stworzył Adama z prochu ziemi, tchnął w niego „tchnienie życia” i Adam stał się istotą żywą — pierwszym człowiekiem. Hebrajskie i greckie słowa tłumaczone jako „tchnienie życia” są w języku angielskim oddawane jako „spirit”, a w polskim — „duch”.
Adam został stworzony z tchnieniem — duchem życia — który był w doskonałej jedności, harmonii i zgodzie z Bogiem, w bezgrzesznej miłości oraz zaufaniu zakorzenionym w prawdzie. Każdy inny człowiek jest przedłużeniem tego jednego życia. Ewa została ukształtowana z żywej tkanki Adama i stworzona przez Boga jako odrębna osoba, również bezgrzeszna, lecz nie otrzymała nowego, odrębnego tchnienia życia — dzieliła to samo tchnienie, które Bóg dał Adamowi. Dlatego Adam mógł powiedzieć, że jest ona „kością z jego kości i ciałem z jego ciała” (Rdz 2:23).
Adam i Ewa uwierzyli jednak w kłamstwo, które złamało ich wiarę i zaufanie do Boga. W konsekwencji ich duch — ożywiający, motywujący oddech życia — został skażony strachem i egoizmem. Zamiast naturalnej, wolnej relacji opartej na miłości, pojawiła się reakcja obronna: uciekli i ukryli się, ponieważ nie ufali już Bogu i kierowali się lękiem (Rdz 3:10).
Każdy człowiek od tamtej chwili jest potomkiem pierwszej pary ludzkiej, która miała do przekazania jedynie zepsutego, lękliwego, egocentrycznego ducha — skażone życie. Dlatego rodzimy się „w grzechu” i „poczęci w nieprawości” (Ps 51:5). Wszyscy przychodzimy na świat w niebezpiecznym stanie grzechu, którego sami sobie nie wybraliśmy; jesteśmy „umarli w upadkach i w grzechach” (Ef 2:1).
Rodzimy się więc bardzo chorzy, a nie prawnie winni — tak jak dziecko urodzone z wirusem HIV, który odziedziczyło po zakażonych rodzicach. Dziecko nie ponosi winy za infekcję, ale mimo to znajduje się w stanie, który prowadzi do śmierci, jeśli nie zostanie poddane leczeniu. Podobnie każdy człowiek rodzi się z duchową „infekcją”, która wymaga uzdrowienia, aby mógł żyć.
Tak wygląda stan ludzkości po upadku Adama i Ewy — i właśnie to opisuje apostoł Paweł w Liście do Rzymian: grzech wszedł na świat przez jednego człowieka i przeszedł na wszystkich ludzi. Nie chodzi o prawną winę przypisaną nam z zewnątrz, lecz o skażenie natury, które rozprzestrzeniło się na całą ludzkość poprzez zepsute życie pierwszego człowieka.
Dlatego, tak jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech – śmierć, tak też na wszystkich ludzi przeszła śmierć, ponieważ wszyscy zgrzeszyli. Grzech bowiem był na świecie aż do nadania prawa (…). (Rz 5:12,13)
Nadanie prawa, o którym wspomina Paweł, odnosi się do spisanych przepisów przekazanych później na górze Synaj. Jednak Boże prawa projektowe — te, na których opiera się samo życie: prawda, miłość i zaufanie — istniały od początku. Gdy Adam i Ewa je złamali, skutkiem nie była prawna kara, lecz śmiertelny stan, który naturalnie wynika z naruszenia zasad życia.
Dlatego śmierć została przekazana ich potomkom jako rzeczywisty stan bytu — konsekwencja naruszenia praw zdrowia, a nie złamania przepisów wymagających wymierzenia kary. To nie była kwestia sądowa, lecz biologiczno-duchowa.
Bóg więc przebacza — i przebacza chętnie, bezinteresownie — ale mimo tego pozostajemy śmiertelnie chorzy. Co zatem jest potrzebne do zbawienia?
Potrzebujemy nowego, bezgrzesznego życia: nowego ducha, nowego „oddechu życia”, który jest w doskonałej harmonii z miłością, zaufaniem i samym Bogiem. Tylko takie życie może uzdrowić skażoną naturę, którą odziedziczyliśmy po Adamie.
Który potomek Adama i Ewy mógłby dać nam bezgrzeszne życie, skoro każdy człowiek rodzi się w tym samym, śmiertelnym stanie? Żaden człowiek nie jest w stanie tego dokonać. Dlatego Bóg posłał swojego Syna — zrodzonego z Marii, która sama otrzymała ten sam oddech życia, jaki został tchnięty w Adama i który przez Adama został skażony (Rz 1:3; Ga 4:4). A jednak Maria poczęła za sprawą Ducha Świętego (Mt 1:18,20).
W ten sposób w osobie Jezusa Chrystusa nowy oddech życia został wprowadzony do rodzaju ludzkiego: bezgrzeszna, ożywiająca energia doskonałej miłości i zaufania. W Nim pojawiło się wreszcie to, czego ludzkość nie mogła już sama z siebie przekazać — życie nieskażone strachem, egoizmem i śmiercią.
Będąc synem Marii, Jezus rzeczywiście stał się częścią rasy ludzkiej. A jednak — ponieważ Duch Święty jest Ojcem Jego człowieczeństwa (mówię tu wyłącznie o Jego naturze ludzkiej, bowiem w istocie Jezus jest w pełni Bogiem) — mógł być kuszony we wszystkim tak jak my, a jednocześnie pozostać bez grzechu (Hbr 4:15). Na krzyżu Jezus oczyścił, zniszczył i usunął ducha strachu i egoizmu z człowieczeństwa, w którym sam uczestniczył. W swoim zmartwychwstaniu powstał w oczyszczonym, wybielonym, udoskonalonym człowieczeństwie, stając się „drugim Adamem” — nową Głową ludzkości (Rz 5:15‑19).
Jako przedstawiciel całej rasy ludzkiej wziął to uzdrowione, udoskonalone człowieczeństwo z powrotem do nieba, aby przywrócić tę jedną zagubioną owcę — ludzkość — swojemu Ojcu.
Obecnie Jezus posyła swojego Ducha Świętego, który przekazuje nam owoce Jego zwycięstwa, gdy Mu zaufamy i otworzymy przed Nim serce. Wtedy otrzymujemy nowe życie, nowego ducha — Ducha Chrystusa. „Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2:20). Stajemy się „uczestnikami boskiej natury” (2 P 1:4).
„Nie dał nam bowiem Bóg ducha bojaźni” — ten duch pochodził od Adama — „lecz mocy, miłości i zdrowego umysłu” (2 Tm 1:7). Ten nowy duch został wszczepiony w ludzkość wraz z wcieleniem Chrystusa. Był to jedyny sposób, aby zbawić ludzkość — tę samą ludzkość, którą Bóg stworzył w Edenie.
Owszem, Bóg mógłby wziąć garść prochu ziemi, ukształtować nowe ciało, tchnąć w nie nowy oddech życia i stworzyć zupełnie nowego człowieka. Ale taka osoba nie byłaby spokrewniona z Adamem, nie należałaby do tego stworzenia, które upadło w ogrodzie Eden. Nie byłaby częścią tej samej rodziny, którą Bóg pragnął odkupić.
Zbawienie polega po prostu na tym, by zostać pozyskanym do zaufania Bogu, otworzyć przed Nim serce i przyjąć życie Chrystusa — tak jak Jezus powiedział Nikodemowi: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Jeśli się ktoś nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć królestwa Bożego” (J 3:3). To otrzymanie nowego ducha, nowego życia — życia Chrystusa — a następnie codzienne życie w zaufaniu do Boga, wzrastanie i dojrzewanie w pobożności.
Ci, o których Paweł pisze w Liście do Rzymian 2 — ci, którzy nigdy nie słyszeli Tory, lecz poznali Boga przez naturę (Rz 1:20) — zaufali Mu i otworzyli przed Nim serce, gdy tylko zdołali Go ogarnąć swoim umysłem. Otrzymują oni Ducha Świętego, który w nich zamieszkuje i daje im nowe życie, nowego ducha — życie Chrystusa.
Tak więc każdy, kto jest zbawiony, jest zbawiony jedynie przez Jezusa, niezależnie od tego, czy o Nim słyszał, czy nie. I nie ma tu żadnych kar ani prawnych konsekwencji — zbawienie nie jest transakcją prawną, lecz uzdrowieniem natury człowieka przez przyjęcie życia Syna Bożego.
Mam nadzieję, że te wyjaśnienia okażą się pomocne w znalezieniu odpowiedzi na postawione pytanie i w zrozumieniu, jak Bóg naprawdę działa na rzecz naszego zbawienia.










using your credit or debit card (no PayPal account needed, unless you want to set up a monthly, recurring payment).
instead?